Mężczyzna nie wychodzi ze związku z dnia na dzień, to długo falowy proces… Kiedy mężczyzna odchodzi ze związku, bardzo często słyszy te same słowa, że uciekł, że się poddał, że zostawił rodzinę, że pomyślał wyłącznie o sobie. Rzeczywistość bywa jednak często znacznie bardziej złożona.
Ten tekst nie ma na celu oskarżania kobiet, ani usprawiedliwiania mężczyzn. Każdy związek tworzą dwie osoby i każda historia jest inna. Chcę jedynie zwrócić uwagę na pewien schemat, który był u mnie i potwierdza się też u innych przez lata pracy z mężczyznami – obserwuję bardzo często te same „procedury”.
Wielu mężczyzn wchodzi w związek z przekonaniem, że ich zadaniem jest zadbać o wszystkich wokół. O partnerkę, dzieci, dom, bezpieczeństwo finansowe, przyszłość. Chcą być silni, odpowiedzialni i niezawodni, dlatego pracują więcej, biorą na siebie coraz więcej obowiązków i coraz częściej odkładają własne potrzeby na później.
Na początku działa to świetnie. Powstaje dom, pojawiają się wspólne plany, rozwija się rodzina. Mężczyzna czuje satysfakcję, bo widzi efekty swojej pracy. Problem pojawia się wtedy, kiedy odpowiedzialność zaczyna zamieniać się w ciężar, zaczyna być tego za dużo.
Zaczyna pracować coraz więcej. Czasem dlatego, że chce zapewnić rodzinie lepsze życie. Czasem dlatego, że tylko w pracy czuje się skuteczny i potrzebny. Zdarza się też, że praca staje się bezpiecznym miejscem, do którego można uciec od problemów w domu.
W tym samym czasie w relacji zaczynają pojawiać się napięcia. Jedna strona czuje, że daje z siebie wszystko. Druga czuje się zaniedbana. Pojawiają się pretensje, rozczarowanie i coraz częstsze konflikty.
I tutaj dochodzimy do czegoś bardzo ważnego.
Wbrew temu, co wielu ludziom się wydaje, koniec związku rzadko zaczyna się od rozstania – rozstanie to „meta”, a „startem” często są momenty frustracji i bezradności.
Potem pojawiają się kłótnie. Następnie przychodzi zmęczenie.
A później cisza…
To właśnie cisza jest momentem, którego większość osób nie zauważa.
Mężczyzna przestaje się tłumaczyć, przestaje walczyć o zrozumienie. Przestaje przekonywać i przestaje prosić. Zgadza się na wszystko albo nie reaguje już wcale.
Z zewnątrz wygląda spokojnie, w środku natomiast często trwa już proces odchodzenia.
Co ważne, nie jest to decyzja podejmowana pod wpływem jednego argumentu czy jednej kłótni. To zwykle miesiące, a czasem lata analizowania różnych scenariuszy.
Pamiętam klienta, nazwijmy go Adam
Adam przez długi czas żył w relacji, która przestała dawać satysfakcję zarówno jemu, jak i jego partnerce. Nie było dzieci, więc sytuacja była nieco prostsza, ale decyzja wcale nie była łatwa. Przez ponad rok analizował wszystkie za i przeciw. Coraz częściej uciekał w pracę. Coraz rzadziej chciał wracać do domu. Nie dlatego, że był złym człowiekiem. Po prostu nie potrafił znaleźć rozwiązania.
Podczas naszych rozmów zadałem mu jedno pytanie: Czy oni naprawdę chcą jeszcze być razem, czy może oboje boją się podjąć decyzję?
Po wielu miesiącach Adam zdecydował się porozmawiać z żoną o rozstaniu. I wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewał.
Usłyszał, że ona od dawna na tę rozmowę czekała. Nie dlatego, że go nienawidziła. Nie dlatego, że chciała go skrzywdzić. Po prostu sama również wiedziała, że ich wspólna droga dobiegła końca.
Czasem obie strony wiedzą to dużo wcześniej, niż są gotowe o tym powiedzieć.
Druga historia dotyczy Łukasza
Łukasz miał rodzinę i trójkę dzieci. O rozstaniu myślał od dawna, ale został, został dla dzieci. Został z poczucia obowiązku. Został, bo uważał, że tak powinien zrobić.
Minęły cztery lata.
Cztery lata życia bez planów, bez energii, bez radości. Cztery lata funkcjonowania bardziej z obowiązku niż z chęci. Cztery lata stagnacji.
Relacja między rodzicami była coraz gorsza. Dzieci obserwowały napięcie każdego dnia.
Po kilku latach analizowania zdecydował się odejść.
Kilka miesięcy później powiedział mi coś, czego sam się nie spodziewał: Nigdy nie miałem tak dobrych relacji z dziećmi jak mam teraz.
To nie rozstanie zbudowało tę relację. To odzyskanie siebie pozwoliło mu być prawdziwie obecnym ojcem.
Jest jeszcze trzeci typ historii, Mateusz
Mężczyzna, który mówi: Wytrzymam jeszcze kilka lat. Poczekam, aż dzieci dorosną. Potem odejdę.
Za każdym razem zadaję wtedy jedno pytanie.
Jeżeli już dziś wiesz, że nie chcesz być w tym związku za pięć czy dziesięć lat, to czego uczysz swoje dzieci przez ten czas?
Czy pokazujesz im miłość?
Czy pokazujesz im bliskość?
Czy pokazujesz im szacunek?
Czy pokazujesz im relację, którą same chciałyby stworzyć w przyszłości?
To nie są łatwe pytania. Nie ma też jednej dobrej odpowiedzi. Ale warto je sobie zadać.
Czy odejście mężczyzny jest więc wyłącznie jego wolnością? Moim zdaniem – nie zawsze.
Czasami jest również daniem szansy drugiej osobie na nowe życie. Szansy na relację, w której będzie szczęśliwsza. Szansy na odnalezienie człowieka bardziej dopasowanego do jej potrzeb.
Czasami jest także szansą dla dzieci, aby zobaczyły zupełnie inny obraz relacji niż ciągłe napięcie, pretensje i wzajemne rozczarowanie.
Oczywiście nie oznacza to, że rozstanie jest rozwiązaniem każdego problemu. Nie oznacza też, że należy poddawać się przy pierwszym kryzysie.
Wręcz przeciwnie. Każdy związek przechodzi trudne momenty. Każdy wymaga pracy, rozmowy i zaangażowania.
Ale istnieją sytuacje, w których obie strony od dawna już nie budują wspólnej przyszłości, a jedynie wspólnie podtrzymują coś, co przestało żyć.
Najważniejszy wniosek z tego wszystkiego jest jednak inny.
Drogi mężczyzno!!!
Nie próbuj być bohaterem, który udźwignie wszystko.
Nie buduj związku wyłącznie na odpowiedzialności, pieniądzach i spełnianiu oczekiwań.
Nie próbuj przez całe życie odgrywać roli człowieka, którym nie jesteś.
Jak zabraknie Ciebie w Tobie to będzie ciężko wrócić do prawdziwego JA.
Buduj relację na szczerości, rozmowie, emocjach. Buduj granice od początku.
Powiedz swojej partnerce, kim naprawdę jesteś.
Powiedz, czego potrzebujesz, jakie są Twoje oczekiwania ale i wysłuchaj jej oczekiwań i potrzeb.
Powiedz, czego nie jesteś w stanie udźwignąć.
Bo największy kryzys nie zaczyna się wtedy, gdy mężczyzna odchodzi.
Największy kryzys zaczyna się wtedy, gdy przez lata udaje, że wszystko jest w porządku, choć od dawna nie jest.
A wtedy rozstanie nie jest początkiem problemu, jest jego finałem.

Bartłomiej Komkowski – przedsiębiorca, trener personalny, trener mentalny, absolwent Akademii Trenerów Mentalnych Jakuba B Bączka.
Budowanie pewności siebie, strategii i kierunku.


Autor opisuje głównie perspektywę mężczyzny. To zrozumiałe, ale przez to łatwo odnieść wrażenie, że mężczyzna jest przede wszystkim ofiarą sytuacji, a partnerka pojawia się głównie jako ktoś, kto ma pretensje lub nie rozumie.
Przykłady są anegdotyczne. Historie Adama, Łukasza i Mateusza mogą być prawdziwe, ale nie dowodzą, że tak wygląda większość związków.
Artykuł trochę pomija odpowiedzialność za komunikację. Jeśli ktoś przez lata nie mówi o swoich potrzebach, a potem odchodzi, to nie zawsze jest wyłącznie skutkiem zaniedbań drugiej strony. Czasem sam również przyczynia się do problemu.
Najmocniejsza myśl w artykule Dla mnie jest nią zdanie, że największy kryzys zaczyna się wtedy, gdy człowiek przez lata udaje, że wszystko jest w porządku. To dotyczy nie tylko mężczyzn, ale ludzi w ogóle.
Najsłabsza część Końcówka trochę wpada w ton motywacyjnego poradnictwa. Autor jest trenerem mentalnym, a nie psychologiem czy terapeutą, więc warto traktować ten tekst jako refleksję i obserwacje z pracy z klientami, a nie jako wiedzę naukową.